niedziela, 7 lutego 2016

Wszystko jest trudne, nim stanie się proste...

Pokusa wzięła górę i kupiłam zestaw farb akwarelowych...  Kupowałam je baaardzo długo,  czytałam różne opinie, głowiłam się czy kupić drogie czy tańsze, w tubkach czy w kostkach i jak zrobić, żeby niepotrzebnie nie przepłacać, a być zadowolonym...

W końcu kupiłam zestaw firmy "białe noce" 24 kolory w kostkach...


Zestaw jest fajny także ze względu na plastikowe pudełeczko, którego wieczko i dodatkowe "skrzydełko" tworzą wygodną paletę...

Tak jak pisałam wcześniej, akwarela jest farbką wymagającą, każde pociągnięcie pędzlem widać praktycznie do końca i trzeba przemyśleć gdzie chcemy mieć światło, bo o ile cień zawsze można sobie domalować później, to światło w obrazie jest tam gdzie nie ma farbki, lub jest jej bardzo mało.  A ja nauczona do farb olejnych, lub  tempery jajowej (przy ikonach) gdzie kolor kryje (przy ikonie niekoniecznie, ale można nałożyć kryjącą warstwę) i praktycznie w dowolnym momencie można coś przemalować i zmienić kompletnie, trochę się bałam. Ale od czego jest internet... znalazłam dwie przeciekawe strony -  Marcysiabush traktuje o technikach przeróżnych i czyta się fantastycznie. Anna Mason traktuje wyłącznie o akwareli, a realizm jej prac powala na kolana i pozwala powątpiewać czy to jest stworzone ludzką ręką....

Ja swoją przygodę zaczęłam, oczywiście od kotów syjamskich próbując wcielić w życie plan mini  serii na ścianę do pracy, w piątek odebrałam od oprawy.



Kot nie ma paprocha na nosie, to obiektyw odbija się od szybki, na następnym też...



Suma summarum, akwarela wcale nie taka zła, trzeba sobie tylko zrobić dokładny szkic i  w żadnym wypadku  upuszczać pędzla z farbą na pracę (bo wtedy praktycznie idzie w kosz). Koty były malowane jeszcze niepewnie, ale teraz powolutku powstają inne zwierzęce trojaczki i nad nimi pracuję już na luzie, co oczywiście nie oznacza, że wszystko mi się udaje.


A tak wygląda cała seryjka- jeśli ktoś pamięta środkowego kota, to nie myli się. Ten w środku- powstał wcześniej, kredką akwarelową i był już pokazywany...

sobota, 9 stycznia 2016

Chmurkowa manufaktura dla WOŚP

Dziś udziergi do zadań specjalnych....
Od kilku lat moja mama przekazywała swoje serwety  na aukcje Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy do dwóch pobliskich Domów Kultury. Po zeszłorocznym sukcesie postanowiłyśmy z mamą że następnym razem, bierzemy udział obie.
No i skoro słowo droższe pieniędzy, choć w tym wypadku o pieniądze przecież chodzi, ja złapałam za druty, a mama za szydełko....




Serwety wykonane są wg wzoru Duchrow 81.5 , Christine Duchrow, średnica około 65 cm.


Zdjęcia robione są w wielkim pośpiechu i bez zbędnych ceregieli... nie było czasu- w środę wieczorem blokowałam, a w czwartek już pierwsza z nich została przekazana na aukcję....

Mama zrobiła dwa słonie wzorowane na wzorze Nellie the Elephant African Flower Crochet Pattern autorstwa Heidi Bear, jednak z tego pośpiechu udało mi się uwiecznić tylko jednego z nich i to telefonem tuż  przed przekazaniem...


Drugi to brat prawie bliźniak, jest jeszcze bardziej kolorowy jeśli można sobie to wyobrazić...

A teraz informacja kiedy i gdzie, gdyby się trafił czytelnik z pobliża, który byłby zainteresowany...
Serwety i słonie (po jednym) będą do wylicytowania w trakcie finałowych aukcji WOŚP w Domach Kultury w Żabnie i Dąbrowie Tarnowskiej....

Mam nadzieję, że uzbierają ładną sumkę dla dzieciaków i seniorów, bo jest to ważna i dobra inicjatywa, którą popieram całym sercem...


 

czwartek, 17 grudnia 2015

Bombek ciąg dalszy

No właśnie, nic dodać nic ująć....
Powiem tylko, że większość już rozdana, a uśmiechnięte miny obdarowanych, świadczą że się podobały...
Tym razem większość bombek jest malowana, jedna tylko (z ptaszkami i brokatem) jest decoupage'owa i na sam koniec posta jest niespodzianka.







To druga strona bombki z poprzedniego zdjęcia
********************EDIT**************************
Jak mi uświadomiono, źle napisałam na początku, ta bombka co powyżej to również decoupage, więc tych wyklejanych jest razem dwie....
**************************************************


A teraz, coś nowego... jakieś licho sprawiło, że zobaczyłam filmik, jak się supła frywolitki... Zawsze te koronki mi się bardzo podobały, ale uważałam, że to okropnie trudne i zupełnie poza moim zasięgiem... Aż tu okazało się, że nie taki diabeł straszny... Oczywiście jak to ja... skoro film było jasny i zrozumiały, postanowiłam spróbować... no i sobie supłam...



No  i to na razie tyle, jeśli chodzi o artylerię świąteczną...

wtorek, 8 grudnia 2015

Kocia seria...

Nie próżnuję,chociaż na blogu pustka... w czasach ostatnich popołudnia wypełniają mi robótki w temacie wybitnie bożonarodzeniowym. Nawet miałam niecny plan aby udokumentować część z tych robótek w ostatnią niedzielę, ale się byłam zguzdrałam i jak przyszło co do czego zmrok nastał ....

Ale dziś nic o bombkach, czy śnieżynkach nie będzie, będzie o kotach i.... akwareli....

Jakiś czas temu- odległy raczej, napotkałam w empiku zestaw (na promocji a jakże) kredki akwarelowe + blok... Kredki takie miałam i lubiłam w czasach nastoletnich, do tego te napotkane opatrzone były logiem na widok, którego tracę rozum, a żmija w mojej kieszeni pada w niemocy- choć w tamtym wypadku cena była rozsądna. Firma darzona przeze mnie tak wielkim uczuciem to Koh-i-noor  już od dzieciństwa- mój pierwszy porządny zestaw kredek, który dostałam od wujka z delegacji, z Czechosłowacji (!!!), to były koh-i-noor'ki w blaszanym, cudnie kolorowym pudełku... Dziś ktoś może wzruszyć ramionami, ale w tamtych czasach, w sklepach nie było ani porządnych kredek, a kolorowych pudełek tym bardziej- w ogóle kraj nasz cierpiał na deficyt kolorów.....

No ale czas chyba przejść do kotów z tytułu... kredki kupiłam, trochę się nimi pobawiłam i odłożyłam do szuflady, przez jakiś czas służyły mi do rysowania wrabianych wzorów, ale w internecie wpadłam na piękne kocie obrazki.... Obrazki wykonane w technice akwareli (tej tradycyjnej- farbianej), technice, której nigdy nie próbowałam, którą podziwiałam, ale której się bałam, bo jest ona techniką bardzo trudną... Koty jednak, były piękne, a kredki jako, że łatwiejsze do okiełznania dodały mi odwagi...

Zdjęcia niestety,robione w sztucznym świetle, więc może koty nie wypadły najkorzystniej, jak je oprawię spróbuję pokazać w pełnej krasie...


 Jako  pierwszy powstał kot bury, choć kolorowy jednocześnie.... a zachęcona dachowcowym sukcesem, jęłam się imać kotów syjamskich...



Początkowo syjamski kot miał być elementem serii (całkiem możliwe że obrazki powlokę do pracy na ścianę), ale jak już wyrysowałam (a potem pomazałam wodą) pierwszego kociego arystokratę, jasnym stało się, że koty do siebie nie pasują i jeśli syjamy, to tylko i wyłącznie w jednolitej serii.... Pracuję, więc nad trzecim syjamem, rozważając jednocześnie zakup, prawdziwych profesjonalnym akwarel... (ech czy ja kiedyś zmądrzeję i skoncentruję się nad tym co już umiem i przestanę gnać za nowym???)

Gdyby ktoś z czytających, zaczął się zastanawiać czy takie kredki, nadają się dla dzieci, to zachęcam- owszem, są droższe od tych zwykłych z marketu, ale za to, są cudownie miękkie, mają pięknie żywe kolory, świetnie się nimi rysuje- a możliwość przeistoczenia rysunku w obrazek, daje mnóstwo frajdy (sprawdzone, na moich siostrzeńcach :) ).  O tym, że dane kredki są akwarelowe, oprócz napisu na pudełku, świadczy pędzelek namalowany na kredkach...

Nawiasem mówiąc bardzo lubię koty syjamskie... choć uważam, że najpiękniejsze są te starego typu, te "nowoczesne" za bardzo trącą nietoperzem, moim zadaniem.... a już solidnie wychodząc poza margines, dodam, że mój prywatny kot, ma ponoć syjamskiego przodka- po nim to już mało widać, ale matka  miała  pokaźne resztki syjamskiego umaszczenia.....

poniedziałek, 23 listopada 2015

Nie ma tego złego...

Zaczęło się fatalnie, ale to taki horror z happy endem...
Już dawno temu pisałam i może nawet pokazywałam 4 motki przędzionego falklanda, który poszedł do farbowania naturalnego. Najpierw zagotowałam z wywarze z krwawnika, spodziewając się seledynowej zieleni, ale przez  mój kompletny brak doświadczenia  ałunowa bejca wyciągnęła z wywar jedynie brudnożółty kolor (tak dziś już wiem, że żelazo i miedź wyciąga zielenie z wywaru)... Cóż było robić, do chemicznej farbki bałam się rzucać, postanowiłam poczekać i postawić na w miarę pewny efekt z orzecha włoskiego....



Kolor, cóż spodziewałam się znacznie mocniejszego, ale nie narzekam.... Pojawił się tylko problem z przeznaczeniem tej wełny, początkowo planowałam obszerny golf z celtycką plecionką, ale efekt farbowania wydał mi się za mało wyrazisty, abym taką dzianinę mogła nosić przy szyi, bez podejrzewania mnie o bycie upiorem...
Koniec końców postanowiłam ożywić całość wrabianym karczkiem (w tej roli śliwkowy fabelkowy motek, pozostający po jakichś skarpetach) i postawiłam na Epistrophy autorstwa Kate Davies. Kocham wzory Kate i samą Kate, więc ochoczo przystąpiłam do pracy i nie poddawałam się mimo przeciwności...

Kardigan ma pewne niedoskonałości (to nie jest wina wzoru- dziergałam go po swojemu) i pewnie gdybym dziergała po raz drugi, to i owo zrobiłabym inaczej, ale nosi mi się go dobrze i jestem zadowolona.... W kwestii technicznej- cięty jest tylko karczek, dół robiłam tam i z powrotem, rękawy są nabrane tymczasowo na wysokości pach, a po zakończeniu korpusu (i wypruciu tymczasowej nitki) dziergane w dół.



Być może spódnica, niekoniecznie koresponduje kolorami ze swetrem, ale stwierdziłam, że do szkockiego wzoru spódnica w kratkę jest obowiązkowa ;)