Po delikatnym dziewiarskim zastoju, postanowiłam, że muszę szybko skończyć przynajmniej jeden z zaczętych projektów. Padło na Gaila - niestety postanowienie legło w gruzach- dotyczyło właśnie zakończonego weekendu. No cóż może dzisiaj się uda, zostało mi tylko kilka rzędów.
Dziergam zawzięcie i towarzyszy mi ogromna niepewność, po pierwsze - czy chusta nie będzie za duża, a po drugie czy wystarczy mi włóczki- bo jak widać na zdjęciach zostało odrobinę- a każdy rząd coraz dłuższy. A jak zabraknie to będę musiała spruć cały motyw, calusieńki listek i zacząć zakończenie od początku :( trzymajcie kciuki żeby jednak starczyło.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
wtorek, 18 stycznia 2011
Znowu rozdawnictwo
Na mocno przedwiosenne przesilenie i ogólną poprawę humoru znowu biorę udział w rozdawnictwie. Może tym razem mi się poszczęści, a co tam.... szczegóły tutaj
środa, 12 stycznia 2011
Post Scriptum
W tym poście obiecałam, że jak znajdę zdjęcia z kocięctwa Cara Borysa to je zamieszczę. Fotki kiepściutkie bo telefonowe, ale są.
Tak wyglądał jak go dostałam, było to w czasie letniej sesji, Borys stwierdził , że jest ważniejszy od jakichś tam egzaminów i notorycznie siadał na wszystkich możliwych notatkach. Znalazł też, należne mu (jego zdaniem) miejsce do spania ;)
Z którego nie zrezygnował do dziś - stara prawda powtarzana przez wszystkich hodowców i lekarzy weterynarii "zwierzęciu pozwala się na coś raz na całe życie " :)
A taki był jak miał mniej więcej pół roku.
A tak wygląda teraz- wersja zimowa ;)
I wersja letnia ;)
Wracając natomiast do ostatniego posta i moich dokonań dziewiarskich- chciałam wszystkim gorąco podziękować za doping i przeprosić za wszystkie niejasności, dopiero po powtórnym przeczytaniu moich wywodów na temat sweterka rohelin zdałam sobie sprawę, że za bardzo zapętliłam się we własnych myślach i tekst jest troszkę bełkotliwy, w każdym razie na początku roboty mi nie szło, ale nie rezygnuję i swetra jest więcej.
Tak wyglądał jak go dostałam, było to w czasie letniej sesji, Borys stwierdził , że jest ważniejszy od jakichś tam egzaminów i notorycznie siadał na wszystkich możliwych notatkach. Znalazł też, należne mu (jego zdaniem) miejsce do spania ;)
Z którego nie zrezygnował do dziś - stara prawda powtarzana przez wszystkich hodowców i lekarzy weterynarii "zwierzęciu pozwala się na coś raz na całe życie " :)
A taki był jak miał mniej więcej pół roku.
A tak wygląda teraz- wersja zimowa ;)
I wersja letnia ;)
Wracając natomiast do ostatniego posta i moich dokonań dziewiarskich- chciałam wszystkim gorąco podziękować za doping i przeprosić za wszystkie niejasności, dopiero po powtórnym przeczytaniu moich wywodów na temat sweterka rohelin zdałam sobie sprawę, że za bardzo zapętliłam się we własnych myślach i tekst jest troszkę bełkotliwy, w każdym razie na początku roboty mi nie szło, ale nie rezygnuję i swetra jest więcej.
niedziela, 9 stycznia 2011
Oczek przybywa
Ostatnio totalnie nie mam czasu, do tego jakieś paskudne wirusy mnie dopadły, dlatego też dzierganie idzie mi opornie, lecz nie poddaję się i oczek przybywa.
Gaila coraz więcej - już jedno okrążenie zabiera coraz więcej czasu i dla odmiany zaczęłam rohelin.
Wzór przedyskutowałam na wszystkie możliwe strony z moim domowym, dziewiarskim guru, przeliczyłam oczka, nabrałam i..... totalna porażka, po wypruciu oczek w mereżkowych bąblach, dzianina układała się bardzo nieładnie, a luźne nitki zwisały. Potem były jeszcze dwa prucia, dopiero za czwartym razem przebrnęłam przez ozdobną plisę i dalej mam mieszane uczucia. Postanowiłam, że jak tym razem coś spowoduje, że będę musiała pruć to rezygnuję z tego swetra.
Dziś przy kawce podgoniłam troszeczkę.
Gaila coraz więcej - już jedno okrążenie zabiera coraz więcej czasu i dla odmiany zaczęłam rohelin.
Wzór przedyskutowałam na wszystkie możliwe strony z moim domowym, dziewiarskim guru, przeliczyłam oczka, nabrałam i..... totalna porażka, po wypruciu oczek w mereżkowych bąblach, dzianina układała się bardzo nieładnie, a luźne nitki zwisały. Potem były jeszcze dwa prucia, dopiero za czwartym razem przebrnęłam przez ozdobną plisę i dalej mam mieszane uczucia. Postanowiłam, że jak tym razem coś spowoduje, że będę musiała pruć to rezygnuję z tego swetra.
Dziś przy kawce podgoniłam troszeczkę.
niedziela, 2 stycznia 2011
O kotku złodziejaszku...
Opowiem sprawę z przed około dwóch tygodni, drobnostka, ale mnie rozśmieszyła, prawie do łez.
Kupiłam kotu jego ulubioną suchą karmę, a że kupowałam "na wagę", pani w sklepie zapakowała mi w woreczek i jeszcze do siatki. Gdy przyjechałam do rodziców (gdzie mieszka mój kot), mama czekała już na mnie z obiadem , więc rzuciłam woreczki z karmą na stoliczek pod lustrem w przedpokoju, a potem zupełnie o nim zupełnie zapomniałam. Dopiero po około dwóch godzinach, wychodząca na pole babcia (u mnie w Galicji zawsze wychodzi się na pole a nie na dwór), zawołała mnie. Wchodzę do przedpokoju a tam dystyngowany "Car Borys" siedzi na owym stoliczku pod lustrem i przez zrobioną własnoręcznie- a raczej własno-pazurzyście dziurkę w woreczkach, zajada się, aż mu się uszy trzęsą ;)). Od razu uspokoję wszystkich, nie dałam Borysowi bury, powiększyłam mu tylko dziurkę i powiedziałam smacznego ;))
Czyż on nie wygląda jak żywa reklama Royal Canin??
Zdjęcia pstrykane na szybko w akcji, o czym świadczy mały codzienny bałaganik na rzeczonym stoliczku :)
A teraz, jak już zaczęłam, to opowiem w kilku zdaniach historię przybycia Borysa do chmurkowej rodzinki. W ogóle uważam, że albo sami wybieramy zwierzęta, albo to one wybierają nas. Nie minę się chyba z prawdą, jak powiem, że to Borys nas wybrał. Kotek miał być prezentem dla moich przyjaciół- współlokatorów ze studiów, niestety są oni uczuleni, zatem nie mogli przygarnąć kociaka. I tym sposobem stałam się posiadaczką kota, chłopca, rasy europejskiej (choć podobno ma syjamskiego przodka), barwy biało- burej. Niestety nie mogę znaleźć zdjęcia obrazującego jakim maleństwem był 4 lata temu, jak znajdę dopiszę "PS" do tego posta. Dziś kotek to już właściwie kocisko- waży ok. 6-7 kg, ale każdy kto myśli, że jest to kanapowy spaślak, jest w ogromnym błędzie. Kot żyje w przyjaźni z moimi psami i jest doskonałym myśliwym, łapie myszy, szczury, a i na grubego zwierza się czasem wypuszcza (tym grubym zwierzem są kuropatwy, niedorosłe zajączki, raz zamordował dzikiego chomika ).
A ponieważ połowę posta pisałam z Maksem pod pachą to teraz będzie zdjęcie jak razem surfujemy w internecie:
Na marginesie Maks też nas wybrał, a nie został wybrany- ale o tym innym razem :))
Kupiłam kotu jego ulubioną suchą karmę, a że kupowałam "na wagę", pani w sklepie zapakowała mi w woreczek i jeszcze do siatki. Gdy przyjechałam do rodziców (gdzie mieszka mój kot), mama czekała już na mnie z obiadem , więc rzuciłam woreczki z karmą na stoliczek pod lustrem w przedpokoju, a potem zupełnie o nim zupełnie zapomniałam. Dopiero po około dwóch godzinach, wychodząca na pole babcia (u mnie w Galicji zawsze wychodzi się na pole a nie na dwór), zawołała mnie. Wchodzę do przedpokoju a tam dystyngowany "Car Borys" siedzi na owym stoliczku pod lustrem i przez zrobioną własnoręcznie- a raczej własno-pazurzyście dziurkę w woreczkach, zajada się, aż mu się uszy trzęsą ;)). Od razu uspokoję wszystkich, nie dałam Borysowi bury, powiększyłam mu tylko dziurkę i powiedziałam smacznego ;))
Czyż on nie wygląda jak żywa reklama Royal Canin??
Zdjęcia pstrykane na szybko w akcji, o czym świadczy mały codzienny bałaganik na rzeczonym stoliczku :)
A teraz, jak już zaczęłam, to opowiem w kilku zdaniach historię przybycia Borysa do chmurkowej rodzinki. W ogóle uważam, że albo sami wybieramy zwierzęta, albo to one wybierają nas. Nie minę się chyba z prawdą, jak powiem, że to Borys nas wybrał. Kotek miał być prezentem dla moich przyjaciół- współlokatorów ze studiów, niestety są oni uczuleni, zatem nie mogli przygarnąć kociaka. I tym sposobem stałam się posiadaczką kota, chłopca, rasy europejskiej (choć podobno ma syjamskiego przodka), barwy biało- burej. Niestety nie mogę znaleźć zdjęcia obrazującego jakim maleństwem był 4 lata temu, jak znajdę dopiszę "PS" do tego posta. Dziś kotek to już właściwie kocisko- waży ok. 6-7 kg, ale każdy kto myśli, że jest to kanapowy spaślak, jest w ogromnym błędzie. Kot żyje w przyjaźni z moimi psami i jest doskonałym myśliwym, łapie myszy, szczury, a i na grubego zwierza się czasem wypuszcza (tym grubym zwierzem są kuropatwy, niedorosłe zajączki, raz zamordował dzikiego chomika ).
A ponieważ połowę posta pisałam z Maksem pod pachą to teraz będzie zdjęcie jak razem surfujemy w internecie:
Na marginesie Maks też nas wybrał, a nie został wybrany- ale o tym innym razem :))
Subskrybuj:
Posty (Atom)









