Dużo sobie na ten dzień zaplanowałam.
Po pierwsze skończyłam zielone jabłuszko- ale nie pokarzę bo jeszcze nie mam zdjęć.
Po drugie chciałam uszyć ptasią serwetę, kupiłam już kiedyś piękny materiał - ale po przymierzeniu okazało się, że nie pasuje do haftu ( może unudzę mamę na uszycie sukienki, albo przełamię się do maszyny).
Po trzecie zapędzałam się do ukończenia araba. Jak tylko zrobiło się ciepło obiecywałam sobie, że zabiorę za obraz który już trzeci rok leży nieskończony. Jak z ptasiej serwety nici to stwierdziłam, że będzie malowanie.
Szło jak po grudzie, ręka odwykła i kolor źle mi było dopasowywać . Z efektu jestem zadowolona połowicznie, ale stwierdziłam, że jak dalej będę paprać, to lepiej nie będzie, co najwyżej trzeba będzie wszystko zamalować. W ogóle zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest mój ostatni obraz, bo bardzo ciężko jest mi zorganizować czas na malowanie, co innego drutki można wziąć i w każdej chwili odłożyć, nie śmierdzą, nie można się pobrudzić, itp. No ale może nie będzie tak źle.
No dobra dość marudzenia, teraz zdjęcia :
Suma summarum na ścianie zawieszę.
Bruno też stał się ofiarą mojego "talentu", to zielone pasemko jeszcze długo ponosi.
Na koniec super słodkie zdjęcie obu psiaków, oby zawsze taka miłość kwitła :))
Na druty wzięłam kolejną serwetę, bliźniaczą do zielonego jabłuszka tylko białą, trzymajcie kciuki żebym zdążyła na Zofii :)